„Jubileusz DUCHa” – wywiad z prof. Jaroszewskim

Julia Benedyktowicz • Ola Leszczyńska (tekst ukazał się w Brudnopisie 1/2014)


 

Wielkimi krokami zbliża się tegoroczny DUCH – impreza odbędzie się już 25 czerwca. Zapewne większość z nas, uczniów Poniatówki, wie, czym jest to przedsięwzięcie, lecz każda z kolejnych edycji – a jubileuszowa (10!) zwłaszcza – sprzyja temu, by przypomnieć pewne fakty istotne dla kształtowania się tej szkolnej tradycji.

Doroczny Uczynek Charytatywny zrodził się w ramach VoLOntariatu, który zainaugurował swą działalność w 2004 roku. O samym VoLOntariacie: jego historii, założeniach i celach możecie dowiedzieć się więcej z artykułu Łazarza Kapaona opublikowanego na łamach „Głosu Poniatówki” (2012). DUCH, będący częścią dawnego Festiwalu Kulturalnego KUFEL, jest wydarzeniem, podczas którego przez zbiórki i aukcje gromadzone są środki na wcześniej określony cel charytatywny. Wydarzeniu zawsze towarzyszą ciekawe konkursy, pokazy artystyczne, kabaretowe, sportowe oraz koncerty. Pierwszy DUCH odbył się okrągłe 10 lat temu, w związku z tym warto przypomnieć, jakie były początki festiwalu. Zrekonstruować tę historię pomógł nam szkolny pedagog – prof. Marian Jaroszewski, z którym udało nam się przeprowadzić krótki wywiad na ten temat.

 

Julia Benedyktowicz, Ola Leszczyńska: Jak powstał VoLOntariat w naszej szkole?

Pedagog szkolny, Marian Jaroszewski: Wolontariat w naszej szkole powstał z inicjatywy ucznia Adama Arendarczyka. On kiedyś przyszedł do mnie i spytał, czy nie można by było w naszej szkole zrobić wolontariatu. Wolontariat najczęściej kojarzy się z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, która… mnie się nie najbardziej podoba. Nie to, że się nie podoba, ale dla mnie jest za wielka, ja lubię rzeczy małe, drobne. Jest za „świąteczna”, tzn. że jest od wielkiego dzwonu, a ja lubię coś, co jest systematyczne, tak jak na przykład zbieranie plastikowych nakrętek. Od wielu lat już zbieramy i uzbieraliśmy tony, pomalutku, powolutku. I bardzo nie lubię pomocy. Ja cały czas (od małego dziecka) jestem z różnymi osobami niepełnosprawnymi i zawsze uważałem, że jest to dla mnie fantastyczna rzecz, że mam wśród nich tylu różnych przyjaciół, że mam kumpli – kto by nie chciał? Świetnie się z nimi bawię, ale żebym ja im pomagał? To oni bardzo często pomagają mi. W związku z tym formuła WOŚP-u nie za bardzo mi odpowiada. Opowiedziałem zatem Adamowi: „Proszę bardzo – może być wolontariat, tylko żeby to był wolontariat młodzieżowy. Mogę was pilnować jako nauczyciel (wszystko, co się dzieje w szkole musi być pod opieką nauczyciela), natomiast wy róbcie to, co chcecie zrobić – ja tylko będę czuwał, czy to będzie zgodne z ideami wolontariatu. Żeby to nie było coś takiego, za co szkoła mogłaby się potem wstydzić”. Dla mnie zawsze bardzo ważne jest, żeby to była autentyczna inicjatywa młodzieży, a nie to, że nauczyciel zarządza. Jeszcze jak ja bym uczył, to by była taka pokusa – „Ty, ty i ty zgłaszasz się na ochotnika”. Ale ja nie mam takich możliwości – jak ja o coś proszę, to można bardzo łatwo powiedzieć: „Nie”. Konsekwencji żadnych nie będzie, nie będę się krzywo patrzył na lekcji, bo ich nie prowadzę. Wtedy nadarzyła się okazja, by była to rzeczywiście inicjatywa młodzieży. Adam zachęcił jeszcze wiele osób – sami chcieli. Jedne z pierwszych akcji, które robiliśmy w ramach wolontariatu to były jasełka. Pierwsze były w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie występowaliśmy przez następne dwa lata. Występowaliśmy też w Instytucie Matki i Dziecka, w szkole integracyjnej na Ochocie – w wielu różnych placówkach. A DUCH to była właściwie taka pierwsza większa „impreza” – tak to wyglądało.

JB, OL: Chciałybyśmy się spytać o pierwszego DUCHa – jak to wyglądało, na kogo były zbierane pieniądze, co skłoniło, żeby go zorganizować ponad 10 lat temu?

MJ: Pieniądze z pierwszego DUCHa były zbierane na mnie… (śmiech) Zajmuję się hipoterapią i pierwszy DUCH to były pieniądze zbierane dla Ośrodka Hipoterapii w Gospodarstwie Agroturystycznym „Sosnowe”, w którym zresztą w tej chwili jestem zameldowany i gdzie prowadzę letnie obozy integracyjne dla dzieci niepełnosprawnych i pełnosprawnych. To była pomoc materialna, żeby móc poszerzyć możliwości tego Gospodarstwa. Pierwszy DUCH przyniósł ogromną kwotę – nieco ponad 4000 zł, co jak na pierwszą, inauguracyjną edycję, było całkiem pokaźną sumą. Dzięki temu czwórka dzieci mogła bezpłatnie korzystać z zajęć. Grupy, które organizowały DUCHa w kolejnych latach zaczęły się licytować, który DUCH przyniesie więcej pieniędzy. Jakoś młodzież nie zawsze chciała uwierzyć w moje słowa, że tak naprawdę to nie pieniądze są ważne. Tak jak w kontakcie z każdym drugim człowiekiem nie jest ważne to, co materialnego masz temu drugiemu człowiekowi do zaoferowania, tak tu ważne jest, że ofiarowujesz drugiemu siebie – swój wysiłek, swoje zaangażowanie, swoje chęci. Szczególnie ważne jest to dla osób niepełnosprawnych, które są w dużej mierze osobami samotnymi, ewentualnie poruszającymi się w bardzo wąskim kręgu osób niepełnosprawnych. Dla nich to, że ktoś, nazwijmy to „zdrowy”, chce się z nimi zaprzyjaźnić – nie to, że chce dla nich zarobić pieniądze i im je przekazać, chce zrobić coś dla nich, chce mieć z nimi kontakt – jest szalenie ważne. To jest tak jak mieć przyjaciela; przyjaźń nie polega na dotacjach, tylko polega na byciu razem. DUCH był zawsze organizowany przez młodzież, ja się zawsze starałem, żeby ci, którzy się w niego bezpośrednio angażują, poznali osobę, dla której zbierają pienią- dze. Po tym pierwszym DUCHu zaczęliśmy zbierać pieniądze już dla konkretnych osób. Raz jeszcze potem było dla Fundacji Rodzin Zastępczych, a tak to dla konkretnych osób.

JB, OL: Czy DUCH w założeniu był długoterminowym projektem, który trwa już dziesiąty rok? Czy może na początku miał być tylko jednorazowym wydarzeniem?

MJ: Pomysłem pierwotnym w stosunku do DUCHa był KUFEL, ale tak jak DUCH nie ma wiele wspólnego z duchem, tak KUFEL niewiele miał wspólnego z kuflem, a już na pewno nie z kuflem piwa. Był to pomysł zorganizowania festiwalu uczniowskiego na koniec roku szkolnego, kiedy już praktycznie nie ma lekcji, bo jest po klasyfikacji. Projekt nazwano Kulturalnym Uczniowskim Festiwalem Ludycznym – stąd KUFEL. Festiwal miał trwać trzy dni – pierwszy: występy kulturalne uczniów; drugi: zbiórka charytatywna połączona z aukcją; natomiast trzeci miał być festiwalem teatralno-filmowym. Jakoś z całej tej ogromnej imprezy ostał się po latach dzień drugi, czyli DUCH. Myślę, że przede wszystkim ze względu na to, że jest to coś sympatycznego dla kogoś, kogo wspieramy – jest to zawsze konkretna osoba – kogo zapraszamy tutaj i poznajemy osobiście. No i to działa.

JB, OL: A jakie ma Pan najciekawsze wspomnienia związane z DUCHem na przestrzeni tych dziesięciu lat?

MJ: Dla mnie osobiście najciekawsze są kabarety nauczycielskie oczywiście, które są świetną zabawą zarówno dla uczniów oglądających w rolach kabaretowych swoich srogich nauczycieli, jak i dla tychże nauczycieli, którzy się doskonale przy tym bawią. Pamiętam taki kabaret: przedstawienie Jasia i Małgosi. Małgosią była pani wicedyrektor Pochylska, ja byłem Jasiem… (śmiech) I teraz wyobraźcie sobie jak wyszedłem na scenę w krótkich spodenkach – takich ogrodniczkach, szelki zupełnie na bakier, z podkolanówkami – jedną opuszczoną, drugą podciągniętą, w śmiesznym kapelusiku i mówię: „Dzień dobry, ja jestem Jaś, ja zbieram znaczki” (śmiech). Musiała być długa przerwa zanim się wszyscy uspokoili! To była zawsze świetna zabawa, ale nie tylko. Pamiętam mamę z chłopcem, pacjentem z onkologii Centrum Zdrowia Dziecka, dla którego robiliśmy DUCHa, przyjechali do nas ze Śląska. Aukcję wtedy prowadziła pani Agata Młynarska. Jakież to było dla nich szczęście, że chłopak mógł tutaj spotkać i osobiście poznać panią Agatę (śmiech). Ale to też już było dawno. Z Mikołajkiem, który dwa lata temu był beneficjentem DUCHa mamy stały kontakt. To jest chłopiec, który urodził się bez rączek i nóżek, chłopiec niesamowity. Kiedy był DUCH, on miał niewiele ponad pół roku, w tej chwili ma dwa i pół i jest takim rozrabiaką, że szkoda gadać. Wyobraźcie sobie, że chłopak bez nóg – nie korzystając z protez, bo ich nie lubi, chodzi po całym mieszkaniu, poruszając głównie biodrami. Robi psikusy swojej starszej siostrze, nie mając rąk (ma tylko takie „kikutki” do łokcia) potrafi ją chwycić za włosy i pociągnąć. Bardzo nie lubi, jak się go karmi, bo on sam sobie będzie jadł. Ciekaw jestem, czy wy byście tak potrafiły? Tak naprawdę niepełnosprawność tkwi w człowieku. Jest wiele osób, które mają wszystko to, co powinny mieć, na właściwym miejscu – i są kompletnie niepełnosprawne. To są fujary życiowe, totalne, prawda? I są osoby, bardzo niepełnosprawne – mają wielkie problemy, czy fizyczne, czy neurologiczne, i radzą sobie w życiu świetnie. Do tego są pełne radości i optymizmu! Zawsze opowiadam pewną historię; mam takie zdjęcie chłopca, który ma przed sobą płonącą świecę, trzyma nad nią ręce, jakby je ogrzewał, i patrzy się gdzieś przed siebie. Widać taką radość na jego twarzy – niesamowitą zupełnie! Kiedyś robiłem kopię tego zdjęcia w punkcie ksero, pani się bardzo zachwycała: że rzeczywiście jest takie ciepłe, radosne… A ja mówię: „A wie pani, ten chłopiec jest niewidomy”. „Ach! Jakie nieszczęśliwe dziecko!” – odpowiedziała. A ja się wtedy pytam – „Jakie nieszczęśliwe? Przecież szczęście widać na twarzy!”

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>